poniedziałek, maj 21, 2012

Wspólne wakacje z rodzicami muszą być dla dziecka całkiem prostym schematem: oni gdzieś chodzą, jeżdżą, zupełnie bez sensu zachwycają się co chwila jakimś budynkiem, rzeźbą, widokiem, podczas gdy "wszystko to nędza, skoro w pobliżu nie ma placu zabaw". Tak przynajmniej jest w przypadku naszych eskapad. Od ostatniego wpisu tutaj udało nam się wybrać drogą lotniczą do Madrytu i okolic (krótko) i lądową do (części) Francji i Włoch (dłużej). Jeśli przyszłoby mi stopniować zagęszczenie placów zabaw na ścieżkach turystycznych w odwiedzonych w trakcie tych podróży miastach, to zdecydowanie wygrywa Madryt i okolica - nawet wśród ciasnych, zabytkowych uliczkach Toledo znalazło się miejsce na huśtawkę i zjeżdżalnię. Francja (a właściwie jej alpejska część i Prowansja) druga na podium, a niespodziewanie ostatnie miejsce zajmują Włochy.

Opieka nad dzieckiem na międzynarodowo obsadzonym placu zabaw (obserwacja dotyczy więcej niż jednego kraju) skłania też do refleksji: dzieci rodziców o białym kolorze skóry są najbardziej pieczołowicie pilnowane przez opiekunów; pociechy z ciemniejszą karnacją pilnowane są równie uważnie lub trochę mniej starannie. Z kolei rodzice azjatyckiej proweniencji w żadnym z obserwowanych przeze mnie przypadków nie przejmowali się zupełnie, czy ich berbeć akurat fika salto z podwójnym obrotem na trampolinie, czy po prostu wchodzi pod prąd na mnogo oblężoną zjeżdżalnię. No i może to jest jeden z powodów, przez który Chiny wszystkich nas prześcigają?



PS. Jako muzyczne tło w filmie znalazły się piosenki pokochane przez Ewę przy okazji pobytu na włoskich campingach. Co gorsza, jej numerem 1. okazał się przebój w jęz. niemieckim (sic!), którego arbitralnie pominąłem.

czwartek, maj 19, 2011

Humory dwulatka

Myślałem, że pierwsze kłopoty wychowawcze spotykają rodziców, gdy ich dziecko jest w wieku nastoletnim. Teraz już wiem, że albo byłem zbyt leniwy (nie odrobiłem zadań domowych w postaci pism dla rodziców), albo zbyt arogancki (powierzchowność programu "Super niania" skutecznie zniechęciła mnie do śledzenia losów dzieci głęboko pokrzywdzonych przez durnych rodziców). Być może jedno i drugie, w każdym razie nie zdawałem sobie sprawy, czym jest "bunt dwulatka".

Założenie dwóch butów przed wyjściem z domu przybiera postać dramatu. Jeśli pierwszy z nich próbuje założyć mama, następuje okrzyk "to tataaa!". I odwrotnie. Dźwięk wyrazu "samaaa!" przez swoją częstotliwość bardziej kłuje w uszy niż disco polo, a ilość czasu związanego z prostymi czynnościami wydłuża się w niesamowicie irytującą nieskończoność.

Określenie takiego dziecka mianem "uparciuch" to tak, jak nazwać nasze drogi "lekko dziurawymi i zatłoczonymi". Dziś na przykład doszło do sytuacji, kiedy spacer i jazda na rowerku biegowym skończyły się:

  • przystankiem w trawie, zbieraniem kwiatków mleczu i wplataniem ich w kierownicę (jakieś 15 min. przy rosnącym zniecierpliwieniu opiekuna)


  • rezygnacją z dalszej jazdy, "bo nie"
  • głośnym płaczem w reakcji na to, że sprzeciwiłem się niesieniu i roweru, i Ewy w drodze powrotnej.
Do tego wszystkiego tak się składa, że w towarzystwie obcych osób nasze dziecko staje się niezwykle spokojne i pogodne. I gdybym nie znał jej trochę lepiej niż oni, to podzielałbym pewnie ich pogląd: "jaki grzeczny i ułożony maluch".

poniedziałek, maj 02, 2011

Uśmiech podatkowy

Nie przypuszczałem, że kiedykolwiek napiszę tu pozytywnie o Ministerstwie Finansów. Albo o Urzędzie Skarbowym. A jednak. Wszystko dzięki ich dwóm ostatnim przejawom aktywności marketingowej, które wywołały mój zupełnie niespodziewany uśmiech. Najpierw niesamowita rola męska w spocie reklamowym (brawo Young & Rubicam!): 

 
Kolejne zaskoczenie czekało w budynku US, do którego (jednak, mimo zachęcającego, powyższego filmu) z nieznanych dla mnie powodów musieliśmy się jednak wybrać osobiście (nieznanych, bo nie mam na temat tego corocznego rytuału zielonego pojęcia). Przy wejściu uśmiechnięte panie oczekujące na pytania wchodzących. A na końcu drogi opiekunka zapraszające dziecko do zabawy kredkami. I tylko nieuchronna perspektywa płacenia przez Ewę podatków (przypomniana dzięki kartce w lewym górnym rogu zdjęcia) jakoś niezmiennie do śmiechu nie zachęca...


niedziela, kwiecień 17, 2011

Oswajanie 2 kółek

Kupiliśmy Ewie rowerek biegowy. Była wiosna, przed rokiem. W bliskim sąsiedztwie znajdowały się trzy ważne z punktu widzenia sportu rowerowego miejsca: sklep specjalizujący się w sprzedaży dziecięcych rowerów (tam był rower), sklep Decathlon (tam był kask) i Park Szczęśliwicki (równe podłoże do jeżdżenia). Nie miałem wątpliwości, że po odpowiednich zakupach córka będzie po nim śmigać. 

Początkowo nawet zainteresowała się nowym sprzętem. Po dwóch upadkach odepchnęła go na długo. Nie zdążyłem nawet przymierzyć jej kasku. Rower poszedł w odstawkę. Sąsiedzi z podobnymi doświadczeniami ostrzegali, żeby nie obiecywać sobie zbyt wiele, bo "to oswajanie to trwa długo, nawet rok".

Zaczęła się z nim na nowo zaznajamiać jesienią, czyli w momencie, kiedy pierwsze jazdy mogły się odbywać już tylko w mieszkaniu. Kilka odklejonych listew podłogowych, jeden poważny guz nad okiem (od tego czasu wie, że nie ma jeżdżenia bez kasku i każdorazowo występuje z oddolną inicjatywą "kass!" przed złapaniem kierownicy) i w zasadzie była gotowa na wiosnę.

A dziś jazda po równej nawierzchni nie jest już żadnym wyzwaniem:

czwartek, kwiecień 14, 2011

Sto lat! Wujkowi Rafałowi też ;)

Drugie urodziny Ewy przeminęły tu niestety bez echa. Nadrabiam więc teraz trochę "na około". Bo jej rocznicy  towarzyszą w niedalekiej od siebie odległości jeszcze dwie okazje (urodziny babci i urodziny dziadka), przy których pojawia się jedna z naszych ulubionych pieśni biesiadnych.

No i tak się złożyło, że póki co, jest to jedyny utwór wykonywany przez naszą córkę a capella. Z przytupem, a raczej podskokiem.

niedziela, kwiecień 10, 2011

Rocznica

Oprócz smutku i złości na wszystkie nasze narodowe słabości skutkujące taką tragedią jak ta pod Smoleńskiem rok temu, pamiętam też jeszcze jedno uczucie. Jakąś zwierzęcą, bardzo prymitywną chęć przytulenia dziecka i zapewnienia, że jest bezpieczne, a ja nad tym czuwam. Oprócz prostoty takiego odruchu, jest w nim też piękno. Polega ono na tym, że nikt nie obudowuje go lukrem lub kwasem w postaci patosu, flag, kirów, okrzyków i polityki. R.I.P.

piątek, marzec 11, 2011

Szpital

Zaczęło się od telefonu od lekarza. Laboratorium wykryło wyjątkowo wredną i odporną bakterię w moczu Ewy. Prywatna służba zdrowia Medicover wystawiła skierowanie do publicznego szpitala i uznała najwidoczniej, że z ich strony sprawa załatwiona. Może i słusznie - za ich abonament płacimy mniej, niż publicznej, chociaż nazywa się inaczej. 

Po 4 godzinach koczowania w izbie przyjęć na Działdowskiej pomieszczenie wyglądało jak poniżej. A potem  było już tylko gorzej. Krzyki, przekleństwa, znerwicowany pielęgniarz w roli bramkarza...
Bo blisko 6 godzinach przedarliśmy się do gabinetu pediatry, czując się tak, jakbyśmy właśnie przedarli się przez zasieki wrogiej armii. Po tym sukcesie składaliśmy mniej lub bardziej chaotyczne zeznania lekarzowi, czyli reprezentantowi mocarstwa - wybawcy. Następnie już z górki - azyl w postaci całkiem komfortowo wyposażonego oddziału, wściekła, bezczelna i niepatrząca w oczy dyżurująca pani doktor, pediatra (zapewne) pasjonatka swojej pracy i miłe pielęgniarki. W końcu wiadomość, że bakterii jednak nie ma. I kolejne skierowania, zalecenia, zaplanowane wizyty z dożylnym wlewem antybiotyku. Relacja z Międzylesia być może kiedy indziej. 

Tymczasem rada dla rodziców w podobnych sytuacjach: nie warto samodzielnie dowozić dziecka do szpitala. Karetki traktowane są priorytetowo. Jak jest się w sytuacji podbramkowej, to niestety zawsze wygrywa egoizm.